Kategorie: Wszystkie | Azja | Felietony | Nagrody | Njusy | Pierdoloty | Recenzje | Seriale | Watching... | Zakupy
RSS
niedziela, 03 maja 2009

Chciałem oKrejzolbejrzeć jakiś film przy którym nie będę musiał fatygować zbytnio swoich szarych komórek, no i mam. Doigrałem się. Roześmiana mordka Carrey'a na plakacie zachęciła mnie do "pożyczenia" filmu przez internet. :D Historia jest bardzo skomplikowana, jak we wszystkich tych komediach romantycznych. A więc - uwaga! Żyje sobie smutny urzędas bankowy (nie zgadniecie kto jest w tej roli!!11!!!!!111), którego życie jest nudnym bagnem. Nie ma prawie przyjaciół, z żoną rozstał się 3 lata temu i ciągle nie może się z tym pogodzić. Od osób próbujących utrzymać z nim kontakt nie odbiera telefonów. Generalnie na całe życie towarzyskie jest nastawiony na "nie". Aż tu nagle (!!!!) z nieba na Ziemię spada meteor, w którym siedzą zielone kosmitony, zaczynają zabijać ludzi laserami i... dobra, żarcik. Pewnego dnia Carrey (cholera, wygadałem się kto gra tego urzędnika) postanawia zmienić coś w swoim życiu i pójść na spotkanie śmiesznej "sekty", która propaguje mówienie na wszystko "TAAAAK!". Jim'a (nie pamiętam nawet jak się nazywał bohater filmu, więc będę mówił o Carrey'u po imieniu) :D oczywiście dopadły zabawne zbiegi okoliczności, dzięki którym poznaje "super krejzi" laskę i od tego momentu całe jego życie jest "krejzooolskie na maksa" (niejedna fotkowiczka.peelowiczka mogłaby mu pozazdrościć). W pewnym momencie jest taki krejzi, że kłóci się ze swoją lasencją, była żona chce do niego wrócić, aleeee...! Jim wraca do swojej prawdziwej miłości i fajnie jest! Wszyscy są szczęśliwi!

On i lachonSorry ludzie za spoiler, ale i tak wiadomo po 20 minutach jak film się skończy. Jak ktoś się nudzi to może obejrzeć. Ot taki film jeśli ktoś chce się odmóżdżyć. Wciągający na maksa nie jest, odrzucać - też nie odrzuca. Carrey gra poprawnie, choć widziałem go w zabawniejszych kreacjach.

 

Ocena: ujdzie. ;P

00:00, jarumistrzu , Recenzje
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 kwietnia 2009

ale paker

 Tomek mówi, że jest chujowy, więc nie będę się rozpisywał.

 

 OCENA: chujowy.

02:23, jarumistrzu , Recenzje
Link Komentarze (1) »

W razie gdyby jakiś niezidentyfikowany osobnik płci niewiadomej zaplątał się na tego sweetaśnego i fajniuśkiego bloqaska, to niech nie myśli sobie od razu, że ten Iscariote jest nienormalny. :( Po prostu udostępnił mi swojego bloga, bo doszedł do wniosku, że sprawdzę się lepiej jako recenzent, o czym będziecie mogli się przekonać za jakieś 5 minut, gdy napiszę pierwszą recenzję - Dragonball Evolution.

02:20, jarumistrzu , Pierdoloty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 kwietnia 2009

Z takim tytułem notki ilość wejść na bloga powinna mi skoczyć ekstremalnie. Co prawda będą oni pewnie zawiedzeni, ale to już nie mój problem.

Wyczytałem gdzieś, że ponoć na stronie MSN.co.uk jest ranking najskeksowniejszych matek w show-biznesie. Nie wiem, czy to prawda, bo mi się strona nie chce włączyć, ale listę sobie skombinowałem z innego portalu.

  1. Angelina Jolie - no jestem w stanie się zgodzić. Zawsze mi się podobała i mam nadzieję, że nigdy się nie zestarzeje, bo szkoda by było.
  2. Halle Berry / Reese Witherspoon - a tu się nie zgodzę bo nic specjalnego. 
  3. -
  4. Kate Winslet - a gdzież ona seksowna? Chyba Lektora jeszcze nie widzieli...
  5. Jennifer Garner - czemu nie w pierwszej trójce? <moja ukochana>
  6. Katie Holmes - eee... też przesadzają. Albo Cruise ma kontakty i jej załatwił miejsce.
  7. Gwyneth Paltrow - a nawet, nawet... ^^ 
  8. Cate Blanchett - eh... nie rozumiem ludzi i takich rankingów. Przecież porównując Cate z Reese Witherspoon, to chyba wiadomo kto wygrywa? Więc czemu 8 miejsce?

 

 

16:46, iscariote , Njusy
Link Dodaj komentarz »

No to teraz krótka lekcja historii w wykonaniu naszego ukochanego scjentologa Toma Cruise'a. Jakież to afery były, jak ktoś zrobił Cruisowi zdjęcie w mundurze, scjentolodzy świętowali, świat trwał w przerażeniu, Cruise szlifował swój niemiecki akcent i nagle wszyscy przypomnieli sobie o kimś takim jak Stauffenberg. Bo jak ktoś jeszcze nie wie, to naziści dzielą się na dobrych i złych. Dobrzy chcieli zabić Hitlera wynajmując do tego Toma (w końcu to człowiek od Mission Impossible), który miał wysadzić Hitlera w Wilczym Szańcu. Końcówki filmu nie będę spoilerować. Sami sobie zobaczycie, czy Tomowi uda się i tym razem, czy też nie.

Jak dla mnie to nie ma się czym zachwycać. Jest mieszanka wyśmienitych aktorów, scenografie, kostiumy, muzyka, amerykański patos... ale kurdę i tak jakieś takie nijakie to wychodzi i mało przekonywujące. Jak dla mnie to hollywoodzka papka, która raczej mnie śmieszyła, chociażby z komicznie grającego Billa Nighy'a... w sumie to wszyscy dobrzy naziści wyglądają tu jak spiskujące w piaskownicy dzieci, a nie o to chyba chodziło. Tom jak lalusiem był, tak lalusiem jest dalej (jedynie w Tropic Thunder od tego odstąpił ^^), a iście Braveheartowska scena końcowa zamiast poruszyć, cieszy bo zaraz pojawią się napisy końcowe. W sumie czego się spodziewać po filmie twórcy X-manów i Superman: Powrót?  Na uwagę zasługują: sztuczne oko Toma oraz postacie trzecioplanowe. Są dużo lepiej zarysowane, równie dobrze zagrane (a może i lepiej) i ogólnie interesującym jest fakt, że aż tyle zależało od totalnie przypadkowych i niezwiązanych ze spiskiem osób. 

Film do obejrzenia na raz, a na lekcję historii proponuję raczej jakiś dokument. Będzie rzetelniej, a może nawet i ciekawiej.

Filmweb: 7,18/10

Iscariote: 5,5/10 

 

poniedziałek, 30 marca 2009

No to jestem. 5/6 tygodni izolacji od bloga chyba wystarczy. Pora wrócić do internetowej rzeczywistości, gdzie mam względny spokój i wolnośc słowa. Obiecałem to też kilku osobom (dokładnie trzem) i muszę zająć czymś myśli, więc jestem. 

Co się wydarzyło i czemu mnie nie było? Nie pytajcie. Nie ma sensu, bo to wszystko jest totalnie bez sensu. Zostańmy przy filmach. Za dużo ich nie oglądałem. Byłem na długo oczekiwanych Watchmanach, oraz niedawno na Lektorze. Recenzje wkrótce się pojawią. Obejrzałem sporo odcinków całkiem niezłego serialu Grey's Anatomy i w ten sposób 4 sezony mam za sobą. Teraz oglądam pierwszy sezon Private Practice, ale średnio przypadł mi do gustu (dziwni bohaterowie) i tymczasowo na tym zastopuję moją eksploracje serialowych światów. Mam ogromną ochotę na jakieś koreańskie, odprężające produkcje, oraz durne komedie i pewnie na tym skupię się w najbliższym czasie. Moje życie wydaje mi się zbyt poważne, aby dokładać do tego jeszcze poważne fabuły i bohaterów.

Moja legendarna grzywka zakręca jeszcze bardziej, schudłem 10 kilo, zrobiłem się strasznie dziwny i ogólnie nie wiem co to teraz będzie. Obiecane recenzje już wkrótce.  

wtorek, 24 lutego 2009

W związku z moimi osobistymi problemami i sprawami ode mnie niezależnymi (niestety) zawieszam działalność blogerską. Nie mam na to czasu, ochoty, siły i ogólnie tymczasowo mam wszystko gdzieś. Jeśli ktoś to czyta to proszę mieć nadzieję, że polepszy mi się w przyszłości. Dlatego nic nie kasuje chociaż mam ochotę wywalić wszystko gdzieś i zamazać wszelkie ślady po mnie.  

Wszystkich przepraszam, wszystkim dziękuje. Nie wiecie nawet jak jest mi przykro. Ale inaczej nie potrafię. 

Wasz żałosny i niezbyt popularny Tomasz. 

sobota, 07 lutego 2009

Niedawno wspominałem o filmowym Jeżu Jerzym. Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o równie ciekawym projekcie. Co prawda jest to o wiele mniejszy projekt, ale o takich inicjatywach warto pisać, bo są zacne. 

In The Clouds będzie krótkometrażowym filmem animowanym. 10 minutowa animacja łącząca elementy 2D z 3D a rysunkowo przypominająca moim zdaniem produkcje Japońskiego studia Ghibli. Myślę, że wyjdzie z tego coś niezłego. Zatem zapraszam do przeglądania bloga produkcji. Znajduje się tam kilka ciekawych materiałów. Zarówno fagrmenty storyboardu jak i szkice postaci. Nad wszystkim czuwają Gom_Jabbar i Ignis.

Mam nadzieję, że się nie obrażą za to że wykorzystuję ich obrazek. Klikać. ^^ 

 

20:35, iscariote , Njusy
Link Dodaj komentarz »

Zanim pojechałem do Poznania napisałem w notce o Dance of the Dead, że Simon Pegg coraz lepiej wychodzi w swoich komediowych kreacjach. I pisząc wtedy te słowa chodziło mi dokładnie o ten film. Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi. Tytuł długi, przewrotny, niezbyt zachęcający według mnie. Niewiele też mówiący o samym filmie. A jest to doskonała komedia pełna absurdu i krzywych zwierciadeł odbijających życie w blaskach reflektorów.

Sidney Young - brytyjczyk, właściciel własnego czasopisma z plotkami o gwiazdach, człowiek nielubiany za to co robi, według wielu odpychający nieudacznik. Sidney jednak ma zapał do tego co robi. Postanowił że pewnego dnia będzie blisko gwiazd, będzie z nimi rozmawiał, będzie o nich pisał, a ich blask udzieli się również jemu. Postanawia wytrwać w tym postanowieniu. Nawet jeśli nieświadomie straci przy tym przyjaciół i zrazi do siebie ludzi, a idzie mu to świetnie i to przez calutki prawie film sprawiając, że śmiałem się o 2 w nocy nie zwracając uwagi na to, czy obudze rodzinę, czy nie. 

Dokładnie nie wiem, czy ten film jest tak genialny, że rozśmieszył mnie w roku 2008 najbardziej, czy po prostu trafił na mój dobry humor. Pojęcia nie mam, za to wiem na 100%, że trafił w to czego mi brakowało w komediach. Humor jest na wysokim poziomie. Niby jest to humor trochę głupi, trochę zboczony czasem, trochę czarny. A mimo to wszystko podane w bardzo inteligentny sposób. Do tego dorzucamy niby banalny wątek romantyczny ale sympatycznie się to ogląda. Aktorzy dobrani zostali dobrze. Kirsten Dunst nie irytuje tak jak w Spider-manie. Wygląda dość sympatycznie i ma jakiś swój urok. Jeśli komuś Kirsten nie odpowiada to jest jeszcze Megan Fox. Simon Pegg to po prostu klasa sama w sobie. Patrz zdjęcie. Nic dodać, nic ując. No i na koniec - zabójczy Jeff Bridges w swojej nowej fryzurze. 

Świetna muzyka, świetny klimat, świetna zabawa, świetni aktorzy, świetna parodia świata gwiazd. W dwóch słowach: świetna komedia.

Filmweb: 6,73/10

Iscariote: 9/10 

wtorek, 03 lutego 2009

Dobry horror komediowy jest ciężko zrobić. Albo wyjdzie z tego nudna żenada, albo coś tak absurdalnego, że tylko bardzo chorym ludziom się to spodoba. Np. mnie. Z takich głośniejszych produkcji to w 2004 roku otrzymaliśmy brytyjski Wysyp Żywych Trupów, który miał co prawda Simona Pegga, który się potem rozwinął w jeszcze lepszego aktora, ale miał też sporo dłużyzn i o kilka nieśmiesznych kawałów za dużo. Potem przez nasze kina (w 2006) przewinęła się nowo zelandzka Czarna Owcaczyli totalnie porypany film o owcach zombie. Oryginalny pomysł, dobre wykonanie i kupa absurdalnego, czarnego humoru. I nie wiem czemu, ale cały czas wydaje mi się, że tylko mnie ten film przypadł do gustu. Rok 2008 przyniósł nam Dance of the Dead.

Jest sobie typowe amerykańskie miasteczko. Nieopodal tego miasteczka jest wielka i zanieczyszczająca środowisko elektrownia. Liceum przygotowuje się do balu maturalnego. W tym momencie my mamy okazję pooglądać kilka udanych żartów rodem z liceum. Nie jest to poziom American Pie, ale mnie śmieszyło. Studniówka jest już gotowa, ale nagle opary z fabryki sprawiają, że trupy zaczynają ożywać. A sala pełna młodzieży to przecież idealne miejsce by pożywić się świeżym mięskiem. Jak na tego typu film to zombie wyglądają całkiem w porządku. Młodzież grająca w filmie też się udała reżyserowi (to jego drugi film na koncie). Humor? Jak najbardziej dla mnie. Jest kilka scena, które powalają. Żaba zombie, czy zombie słuchające rocka, a także kilka scen miłosnych. Twórcy starają się żartować praktycznie ze wszystkiego. Też z niektórych stereotypów, np. licealnych klubów sci-fi. 

Może to nie jest rozrywka najwyższych lotów, ale ogląda się to przyjemnie i nie odrzuca po pierwszych pięciu minutach. No i do tego jest rudowłosa bohaterka. Też na plus.

Filmweb: 4,72/10

Iscariote: 6/10 

 
1 , 2 , 3 , 4